poniedziałek, 26 listopada 2012

Poród - jak to było - Poznań szpital Raszei

Postanowiłam uwiecznić swoje wspomnienia porodowe właśnie tutaj, z czasem w pamięci zostaje coraz mniej więc..

Zawsze sądziłam, że urodzę po terminie, jakieś takie przeczucie, poza tym u mnie w pracy taka "moda". Śledziłam też pewne forum gdzie kobietki miały termin zbliżony do mojego i termin mijał i nic.. Dwa tygodnie przed terminem zaczęłam się pomału stresować, że urodzę po terminie - naczytałam się o zielonych wodach płodowych, łyżeczkowaniu itd brr...

Pewnego niedzielnego (wczesnego) poranka około 4 rano obudziły mnie skurcze. Akurat z łóżka mam dobry widok na zegar więc zaczęłam je mierzyć czasowo ;). Teraz z perspektywy czasu wiem, że te skurcze to był PIKUŚ :) a ja o ironio sądziłam, że skoro skurcze pojawiają się co 5-7 minut tzn że zaraz urodzę, mimo, że naprawdę były w miarę delikatne. Przy zmianie pozycji nie zanikały, stąd wiedziałam, że to te właściwe a nie przepowiadające. Więc leżałam tak ze 2 godziny próbując jeszcze się zdrzemnąć, ale emocje  delikatnie narastały i ze snu nici. Następnie poszłam pod gorący prysznic dokładnie się umyć i wydepilować. Swoją drogą przez pokaźny brzuszek depilacja od pasa w dół to nie lada wyczyn! Oczywiście połowy włosków nie usunęłam bo ich nie widziałam i jakoś przeoczyłam - nieźle to musiało wyglądać ;).

Po kolejnej godzinie obudziłam męża pytając go czy sądzi, że już rodzę czy nie :) Oczywiście stwierdziliśmy razem, że jedziemy do szpitala. Około 7-8 rano mieliśmy już wychodzić, kiedy przypomniało mi się, że przecież mam ZERO na koncie w komórce i muszę ją doładować przez internet bo w razie "W" nie będę mieć kontaktu ze światem. Zabraliśmy też torbę, którą spakowałam około 2 miesiące wcześniej. O dziwo nie pamiętałam już co w niej jest :)

Za oknem mgła straszna, w aucie nie mieliśmy jednego światła, ciemno, zimno. Jechaliśmy praktycznie na oślep. Po około 10 minutach byliśmy już przed szpitalem. Całe szczęście, że wczesnym rankiem w niedziele nie jeździ za wiele aut po ulicach :).

Weszliśmy do szpitala - po czym okazało się, że to nie to wejście. I w ogóle, że trzeba gdzieś zaparkować, bo wszędzie płatna strefa, a nie wiadomo ile czasu spędzimy w szpitalu. Więc mąż zaczął szukać miejsca do parkowania a ja poszłam do właściwego wejścia dla "rodzących" ;)

W moim mieście jest jeden osławiony szpital zajmujący się wyłącznie ginekologią i położnictwem jest to szpital na Polnej ale niestety słyszałam o nim wiele złych opinii dlatego wybrałam szpital mniejszy - Poznań im. Raszei, z małym oddziałem ginekologicznym ale za to ładnie wyremontowany. Rodziły w nim dwie moje koleżanki i były bardzo zadowolone.

Weszłam więc na izbę przyjęć i mówię, że czuję skurcze w krzyżu i że chyba rodzę. A kobieta do mnie "nie wygląda Pani jakby rodziła". Dodam, że to była moja pierwsza ciąża więc nie wiedziałam co i jak itd. Na izbie przyjęć nie było nikogo prócz mnie więc babka mimo swojego ciepłego przyjęcia postanowiła, że jednak spisze moje dane. Oglądała legitymacje ubezpieczeniową i zadawała pytania nt ciąży - był to 39 tydzień. Następnie zadzwoniła na oddział po ginekologa. Pytali też o nazwisko ginekologa prowadzącego i oglądali moje badania. Okazało się, że wyniki na posiew paciorkowca mam już nie ważne bo minęło 30 dni od ich zrobienia (muszę ochrzanić mojego GINA że za wcześnie je kazał zrobić). Potem miałam usiąść i podpisać papiery - multum formalności, że zgadzam się w razie czego na cesarkę, próżnociąg, kleszcze i nie wiadomo co brrr..

Po chwili przybyła jeszcze jedna pacjentka twierdząc, że rodzi i że to jej druga ciąża więc na bank to jest już TO. Za chwilę przyszedł młody Pan doktor i o dziwo tą kobietę przyjął jako pierwszą. Okazało się, że miala już 7 cm rozwarcia. Mnie podłączyli do ktg po czym zbadali i było około 1,5 cm rozwarcia - stwierdziłam, że słaby wynik w porównaniu z tą babką. Ją wzięli od razu na porodówkę a mnie skierowali na oddział patologii ciąży. Powiedzieli, że być może te skurcze ustąpią albo z czasem się rozwiną - nie wiadomo.

Więc pojechałam z Panią pielęgniarką na piętro patologii ciąży. Tam od nowa stos papierów i pytań, Pani rejestratorka też stwierdziła, że właściwie to za wcześnie tu przybyłam. Położono mnie na sali 3 osobowej na łóżku, które było przy drzwiach. Następnie przyszła druga pielęgniarka - starsza i bardzo miła, znowu przypięli mnie do ktg i znowu nic ciekawego nie wyczytali. Powiedziała mi jak powinnam oddychać, wciągać powietrze nosem a wypuszczać ustami powoli lub tak jakbym chciała zdmuchnąć świeczkę.

Dalej przywieziono mi śniadanie a po nim miałam iść pod prysznic - sala była z łazienką. Sądziłam, że nic mi nie pozwolą zjeść a tu takie miłe zaskoczenie :). Pochłonęłam całe śniadanie, wzięłam długi prysznic (skurcze lekko się złagodziły) i leżałam, siedziałam, chodziłam. Jedna z kobiet, które leżały ze mną oczekiwała na poród szóstego dziecka, nie miała skurczy ale ze względu na kiepskie wyniki badań miała być pod kontrolą. Tego dnia stwierdziła, że wychodzi do domu na własne żądanie - przecież tyle dzieci na nią czeka i w ogóle ma mnóstwo spraw. Sporo rad mi udzieliła nt porodu itd. Przyszła też jej znajoma - położna z tego szpitala i zaczęła opowiadać, że tu nie dają znieczulenia bo poród to fizjologia. Powiedziała też w którym szpitalu znieczulenie dają bez problemu a mowa o szpitalu świętej rodziny - zaczęlam żałować, że wybrałam ten szpital a nie tamten:).

Druga sąsiadka zaś leżała bo miała za niski potas czy magnez (chyba w 25 tygodniu) a poza tym nic jej nie było. Znowu zrobili mi ktg i znowu nic, tzn nic się nie dowiedziałam.

Cały oddział patologii miałam wrażenie że to hotel, babki sobie oglądały tv, chodziły na ploteczki po korytarzu w pełnym makijażu i normalnym ubraniu. Być może miałam "szczeście" i nie widziałam tych naprawdę chorych kobietek, których się spodziewałam. W końcu nazwa oddział patologii ciąży zobowiązuje.

Przyszła pora obiadu a moje skurcze coraz silniejsze. Nie mogłam już w spokoju usiedzieć i zjeść, ciągle musiałam a to chodzić a to masować sobie krzyż. Oczywiście męża nie było bo odwiedziny od 14tej więc nie mógł wejść na oddział. Ostatecznie jakoś udało mi się zjeść obiad.

Po 14tej przyszedł mąż. Wcześniej z poł godziny szukał wejścia na oddział - zrobili kilka wind i schodów donikąd w tym szpitalu i nie mógł po prostu trafić.

Przyszedł gadamy, gadamy a tu skurcze coraz silniejsze, sąsiadka numer 1 doradziła mi wcześniej (przed wypisaniem się ze szpitala) żeby mąż mnie masował. Więc masował, coraz częściej i mocniej. Ja się zwijałam na łóżku, a z każdym skurczem krew napływała mi do policzków, które samoistnie robiły się czerwone jak u Rumcajsa. Mąż stwierdził, że jedzie do domu coś zjeść i potem jeszcze raz przyjedzie. Zdążyłam napisać smsa do mamy, że nigdy więcej nie zgodzę się na żaden poród - tak mnie bolało ;)

Znowu przyszła (fajna) babka z ktg i znowu nic. I pyta mnie czy skurcze są mocniejsze, ja na to, że tak. I poszła.. Za chwilę wróciła mówiąc, że już jest lekarz i że mam iść do badania. Więc poszłam i okazało się, że już jest 7-8 cm rozwarcia. A wredne KTG nic nie pokazywało !!! albo pokazywało a oni nic mi nie powiedzieli grrr..

Więc szybko na porodówkę, mąż nie zdążył wyjść na szczęście :). Kazali mu iść na piętro X i wypożyczyć mundurek do porodu rodzinnego. Swoją drogą nawet nikt go nie zapytał czy chce w ogóle być na sali porodowej, czy może woli na korytarzu posiedzieć :P.

Dostaliśmy jednoosobową salę z łazienką o nazwie słonecznik albo stokrotka (nie pamiętam). Była w niej piłka, drabinki, jakaś lina itd ogólnie przyrządy z których można korzystać przy porodzie. Bardzo fajne wyposażenie. Kazano mi iść do łazienki się załatwić. Niestety udało mi się zrobić tylko siusiu. Przyszła też młoda Pani położna (nawet bardzo młoda) i powiedziała że będzie przychodzić sprawdzać co i jak. Skurcze były coraz silniejsze, pamiętam, że było mi duszno od tych rumieńców na twarzy. Otworzyłam okno (ziąb jak cholera:)) na chwilę pomogło ale na prawdę na chwilę. I ciągłe masowanie. O dziwo pomagały mi też krzyki :) Kiedyś sądziłam, że tak się dzieje tylko w filmach, a tu proszę.. Choć generalnie lepiej nie krzyczeć bo szkoda marnować energię akurat na to. 

Po jakimś czasie nie miałam już siły chodzić, przyszła Pani położna i kazała się położyć na fotelu rozkładając nogi :) Inna kobieta zaś próbowała mi wbić wenflon, w prawą rękę. Nie udało jej się to ze 2-3 razy na przedramieniu (popękały mi żyły) i w końcu założyła go w zgięciu łokciowym. I znowu multum pytań do mnie nt ciąży i wypełniania przez nią papierów. Mówiła też jak oddychać, początkowo robiłam to dobrze ale z czasem kompletnie nie mogłam nad tym zapanować. Za chwilę chlusnęły mi wody płodowe, prosto na nią :) skarpetki jakie miałam na nogach były całkowicie mokre. 

Nie robią w tym szpitalu lewatywy więc takie atrakcje typu załatwienie się podczas porodu to codzienność ;). Położna powiedziała, że brakuje 1 cm rozwarcia, więc spięłam się i próbowałam próbowałam... aż w końcu przyszedł Pan doktor i mnie naciął. Następnie zaś nadusił mi na brzuch i dzieciątko wyskoczyło :). Swoją drogą nie poczułam ani nacięcia ani naduszenia. Tzn zarejestrowałam to ale nic mnie nie bolało. Szybko położono mi maleństwo na brzuchu a ja leżałam i patrzyłam jakby mnie ktoś w mordę strzelił ;) Nie wierzyłam w to wszystko. Jakiś SEN :) Potem położna nacisnęła mi na brzuch i wyjęli łożysko, obejrzeli je, zważyli itd. Do dziś się dziwię że takie coś (łożysko) potrafi takie cuda działać, ma taką pożyteczną moc. Pan doktor mnie zeszył, oczywiście nic nie czułam  :)

Następnie miałam leżeć 2 godziny i się nie ruszać. Oczywiście mąż cały czas był przy mnie, nie zemdlał ani nic z tych rzeczy. Cały czas dopingował mnie mówiąc jak mam oddychać. To bardzo pomogło. Po jakimś czasie przynieśli małego i przystawili do piersi. W końcu zawieźli mnie na oddział... Wszystko działo się tak szybko, aż nie mogę uwierzyć :)

Trochę to chaotyczne ale chciałam to napisać bo ciągle brakuje czasu żeby przysiąść..


17 komentarzy:

  1. Z wielką uwagą przeczytałam tę historię :)
    Ciekawe kiedy mnie to czeka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. super sprawa z porodem ja też swój nie raz wspominam ale nie zbyt dobrze bo mieliśmy komplikacje przez debilnych lekarzy którzy zamiast zrobić mi cesarke koniecznie chcieli abym rodziła naturalnie przez co mały jak się urodził miał problemy z oddychaniem i nie był ze mną tylko mi go zabrali, dostałam go po 4 dniach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. współczuję Ci z całego serca, fakt co lekarz to inne podejście

      Usuń
    2. Ja miałam podobny problem jak Edyta :( Na szczęście dziecku się nic nie stało, ale było przyduszone i aż pomarańczowe jak Chińczyk, a na sali było ok. 20 osób - ginków, pediatrów, pielęgniarek z dziecięcego, położne, anestezjolog. Było za późno na cesarkę i za długo w kanale rodnym, szok!
      Inkubatorek i inne przykre sprawy na początku życia ziemskiego:(
      Dodam tylko, że mam jedno dziecko...

      Usuń
  3. Przeczytałam wszystko - od deski do deski :)
    Rozbawiło mnie jedno zdanie "Za chwilę chlusnęły mi wody płodowe, prosto na nią" :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mnie zdziwiło łożysko, tzn chyba bardziej jego widok. Pierwsze co pomyślałam to to, że chyba mi wątrobę wyjęli ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Warto takie rzeczy utrwalić :) no i dobrze wiedzieć, co mnie kiedyś czeka :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj tak, takie wspomnienia zostają :)
    U mnie to x 3 :) Ale wszystkie pozytywne, miłe, piękne, ale od razu wybrałam prywatną klinikę, w której czułam się doskonale, otoczenie ma ogromne znaczenie, a kolejne porody to już były jak odwiedziny " rodziny " :)Już śmiałam się, ze powinni mi dać rabat jako stałej " klientce " :)
    Mąż przy porodzie też był, i również był bardzo dzielny :) Wspaniałe to uczucie i ogromne wsparcie.

    OdpowiedzUsuń
  7. czasami zastanawiam się nad swoimi porodamie. chyba jednak dobrze, ze mialam 2 cesarki, poszlam, usali, wyciagneli bez zbednych bółi i tych wszystkich przezyc, az drogiej brak dziecka po porodzie od razu przy piersi.. sama nie wiem co gorsze..

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja tez naciecia nie czulam i nawet nie wiedzialam kiedy to sie stalo :) z pierwsza corka to tez zalowalam, ze tak wczesnie do szpitala pojechalam bo jak skurcze to myslalam ze juz :)
    Przy drugiej bylam sporo po terminie i mialam zielone wody, ja wystraszona, a lekarz mowi, ze jakby to byla pierwsza ciaza to zrobiliby cesarke, a skoro druga to mam rodzic naturalnie.. mala urodzila sie bez nacinania mnie, ale przez to i dosc szybki porod miala sinice wybroczynowa twarzy i ciala, ale na szczescie to nie bylo nic groznego.. i tez obie bez znieczulona rodzilam.

    gratuluje i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Gratuluję, super, że wszystko poszło dobrze :)
    Trochę przeraża mnie taki opis, ale dobrze wiedzieć, większość z nas to kiedyś czeka ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja nie mam miłych wspomnień, ale za córka jest cudowna:)

    OdpowiedzUsuń
  11. ojej, musze przyznac ze sie przerazilam...

    OdpowiedzUsuń
  12. Poród jest sam w sobie niesamowity! Boli jak cholera ale potem jest Dzidziuś i po bólu ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Im więcej historii z porodu znam tym łatwiej mi sobie to wyobrazić. Ja mam zamiar iść i zrobić jak najszybciej swoje i już, ale czy się uda ? To się okaże

    OdpowiedzUsuń
  14. "Nie" z przymiotnikami piszemy łącznie czyli: wyniki badań były nieważne.

    Magdalena

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję serdecznie za każdy komentarz :)

Proszę o nie spamowanie linkami.

W razie pytań zapraszam do kontaktu, mój adres e-mail to rossnett2@tlen.pl

SZABLON BY: PANNA VEJJS.